niedziela, 27 września 2015

Od Edmunda

Od Edmunda

Dzień zaczynał się cudownie. Z samego rana kiedy tylko słońce wychyliło się zza horyzontu, wstałem i zadzwoniłem po służbę. Nadszedł dzień przyjazdu do nowej szkoły i trzeba było się przygotować. Spakowałem się wczoraj, a dzisiejszego ranka moje bagaże miały zostać zniesione do karocy. Po jakiś pięciu minutach służba zapukała do moich drzwi. Wsunąłem stópki w puszyste kapcioszki i ubrałem na siebie swój ulubiony czerwony szlafroczek. Wysunąłem się ze swojej komnaty, a dwóch barczystych mężczyzn zabrało się za znoszenie walizek. Poczłapałem z energią do swojej garderoby gdzie musiałem zostać ubrany w swój odświętny strój. Kiedy tylko pchnąłem wielkie i pięknie zdobione drzwi napotkałem wzrok swojej ciotki Anny:
-No, no... od kiedy zostałeś rannym ptaszkiem, Edmundzie? - spytała z uśmiechem dając znak, by krawcowa wyszła ze swojego pokoiku, w którym poprawiała mój strój. Skłoniła się przed moim obliczem na co tylko odkiwnąłem głową, ponieważ całą zamkową służbę traktowałem jak najbliższych przyjaciół, a te ukłony były tylko formalnością... na dodatek nie istotną. Nim słońce całkowicie odsłoniło swe oblicze już byłem gotowy do drogi. Nie przepadałem za takim strojeniem się, ale pierwszego dnia trzeba zrobić dobre wrażenie, więc i książęca korona pojawiła się na mojej głowie... jedna z wielu kopii. Pożegnałem się ze wszystkimi i wsiadłem do pięknie zdobionej czerwonej karocy zaprzężonej w cztery ogniste rumaki, których kopyta, krzywy i smocze skrzydła płonęły niczym małe ogniska. Z góry musiałem pomachać moim poddanym i to było najgorsze, ale i to zdołałem przeżyć. Później to już lot ponad chmurami wraz z towarzyszącymi promieniami słońca, które lekko ogrzewały moją twarz.

~~~

Już po godzinie lotu dotarliśmy na miejsce. Karoca wylądowała tuż przed wejściem do akademika wraz z charakterystycznym rżeniem i parskaniem żywiołowych koni. Otworzono mi drzwi i w takiej oto osobie stanąłem przed obliczem swojej nowej akademii. Jeden z moich głównych podwładnych ruszył ze mną do środka zgłosić moją obecność. Drzwi uroczyście otworzyły się przed nami, a my nie czekając na znak weszliśmy do środka i nie mogłem się powstrzymać od swojego ognistego wejścia. Ledwo przekroczyłem próg, a już wszystkie pochodnie i ozdobne lampy zapłonęły żywym ogniem oświetlając hol. Przed nas wyszedł starszy, brodaty mężczyzna... prawdopodobnie dyrektor. Skłonił lekko głową w naszą stronę na co odpowiedziałem tym samym.
-Witam w Akademii Asevill. - powiedział z uśmiechem – Spodziewałem się pana, panie Edmundzie.
-Witam. Cieszę się, że w końcu tu jestem. - i tak zaczęła się rozmowa nawiązująca do zasad i takich tam podstaw, które powinienem znać. Dostałem numerek pokoju, do którego służba zaczęła wnosić bagaże. Dyrektor wydał mi się bardzo miłym i mądrym człowiekiem. Doskonale wiedział, że nie przepadam za tłumami, dlatego skierował nas do ogrodu. Od słowa do słowa i jakoś ranek szybko zleciał. Dostałem małą mapkę budynku, abym mógł się szybko odnaleźć. Niezwłocznie udałem się do biblioteki nawet nie myśląc od zmianie stroju, bo po co? Można przecież pokazać od razu, że się jest szychą, a nie jakimś plebsem, i że na przykład... jestem rozkapryszonym dzieckiem. To często zniechęca ludzi, a mnie sprawia radość. Udało mi się dojść do szkoły i to najbardziej ruchliwymi częściami akademiku... miny tych wszystkich ludzi... bezcenne. Z uniesioną głową i dumny niczym paw szedłem przed siebie okazując jak bardzo różnię się od reszty... to był pierwszy sposób. Ludzi nie ciągnęło do królewiczów, ponieważ byli aroganccy i złośliwi... hehehe, te pozory. Jak ja je uwielbiałem. W końcu po zaprezentowaniu swojej osoby połowie szkoły udało mi się dojść do pustej biblioteki, która od razu stała się moim ulubionym miejscem, tylko... mało w niej było światła. Pstryknąłem palcami i zaraz w każdej możliwej świecy i lampie pojawił się ogień pięknie oświetlając pomieszczenie pełne książek. Przyjemny zapach papieru i palącego się wosku sprawił, że od razu chciałem zabrać się za spacer między regałami jednak coś, a raczej ktoś musiał mi w tym przeszkodzić. Nagle każdy płomień zgasł, a na ścianie pojawiły się zimowe wzorki. Skrzywiłem się i odwróciłem za siebie. Moja mina wtedy... " Dafuq? ". Jakiś konus z oczojebnie niebieskimi włosami wpadł do biblioteki niczym jakieś dziecko z autyzmem. Patrzyłem na niego przez jakiś czas i jakoś nie miałem ochoty ingerować w jego... zachowanie. Po chwili zatrzymał się i zauważył mnie ( face to face xD ).
-Oj... nie wiedziałem, że ktoś tu jest. - wydukał.
-Okeeeej... fajnie. Nie przeszkadzaj sobie. - zawinąłem pelerynę i ruszyłem do wyjścia ordynarnie wymijając chłopaka.

( Jonasz? )

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz