Spojrzałam na nią bez wyrazu. Dopiero teraz do mnie dotarło, co zrobiłam: zapukałam do drzwi pokoju wrednej córeczki fanatyczki zabijania, by się z nią przyjaźnić? Przestałam w siebie wierzyć. Serio.
- No... Przyjaźń tak od razu? - zaczęłam, badając grunt.
- No a jak? - wzruszyła ramionami, uśmiechając się.
Przełknęłam ślinę.
- Nie lepiej najpierw... - szukałam odpowiednich słów - Czytałaś "Małego księcia"? Ponoć lubisz czytać. Cytuję: "poznaje się tylko to, co się oswoi". Nie lepiej, abyśmy się najpierw poznały? - uniosłam brwi i przygryzłam górną wargę.
Jackie wywróciła oczami.
- No weź - westchnęła z rozczarowaniem - przecież... No... Uh.
- Słuchaj - powiedziałam o wiele pewniej niż wcześniej. - Czy tylko mi się wydaje, że to zawieranie przyjaźni z tobą jest jak nawiązywanie jakiegoś dziwacznego paktu? - wypaliłam.
Dziewczyna zawahała się chwilę.
- No nie, ale po prostu nasze charaktery łączą się w zgrany duet i byśmy do siebie pasowały, i byśmy były popularne w akademii i takie tam... - wymieniała.
Zmarszczyłam lekko brwi.
- Pasowały do siebie w jaki sposób? W ogóle co rozumiesz przez słowo przyjaźń? - zapytałam kategorycznie. Nie chciałam być niemiła. W sumie nie dziwię się, że nie mam tylu przyjaciółek, ale ja do tego słowa podchodzę jednak z dystansem.
Jackie? Wena umarła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz