- Te, Rooney!- zawołałem za nią, gdy odchodziła, chwaląc się przy tym, jakże okropną, suknią własnej roboty.
- Czego?!- zatrzymała się i odwróciła ku mnie, rozmachując swoimi włosami, które zaraz zgrabnie poprawiła dłonią.
- Nic nie wiesz i śmiesz tu przychodzić?- podszedłem do niej pewnie. Nie odstraszał mnie jej chłód bijący na kilometr od jej osoby, bo wokół mnie pojawiała się taka sama aura, nawet silniejsza, patrząc na to, że, chwaląc się lekko, moja moc była... mocniejsza?
- O czym ty mówisz?- nie zraziło mnie również to, że była wyższa. Cóż poradzić, że jestem... chochlikiem? Ojciec mógł chociaż postarać się u mnie o wzrost, gdy mnie tworzył...
- Przyszłaś taka pewna siebie... chciałbym zauważyć, że mój ojciec nie był zły- mruknąłem, bez większych emocji, choć najchętniej naskoczyłbym teraz na nią, wyrywając przy tym z jej głowy wszelkie oznaki włosów. Dziewczyna zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc mnie zbytnio- wysoka do nieba, a głupia jak trzeba- wyszeptałem sam do siebie, możliwe jednak było, że blondynka. Powtarzam. BLONDYNKA. To usłyszała- Mój ojciec nie jest zły. Jest NEUTRALNY- nacisk, który położyłem na te słowa był niesamowicie mocny. Na szybach powoli pojawiał się szron i lód, pokazujący jak bardzo teraz dziewczyną szarpały emocje. Momentalnie zmieniłem go w śnieg, by pokazać swoją wyższość i to co nas różniło- ona był przeszywająca i okrutna, jak lód, ja natomiast delikatniejszy i milszy, dokładnie jak śnieg.
- Powinieneś być okrutny- wyszeptała- ale przyznaj mi jedno, Frost. Twoje serce jest zmrożone. Nie umiesz kochać. Jesteś jak ja, zimy i bez uczuć- ostatnie słowa wysyczała tak jadowicie, że na mojej skórze zauważyć można było dreszcz przechodzący przez moje ciało. Jednak nie dałem tego po sobie poznać.
- Mylisz się...
- Jonathan. Wiedz jedno. Jestem silniejsza, czy tego chcesz, czy nie!- zapiszczała, a wszystko wokół pokryło się lodem- nienawiść i zło, to daje nam największą siłę, a skoro ty ich w sobie nie masz, oznacza, że jesteś niczym. Zobaczysz, zniszczę i ciebie i twojego ojczulka...
- Liv, to teraz ja ci coś powiem. Twoja matka pojawiła się niesamowicie niedawno, patrząc na to od kiedy istnieje mój ród. Mój ojciec jest od niej starszy o kilkanaście setek lat, a pomyśl, że miałem jeszcze dziadków i pradziadków... to my dbamy o śnieg na całym globie od zawsze. Mój ojciec dobrowolnie oddał twojej matce malutki kawałek ziemi, by nie truła nam dłużej d*py, więc błagam, zamknij się z tymi swoimi mądrościami i zjeżdżaj do swojej krainy lodu, która ma 50 ha i pomyśl o tym, jaka to mała popierdółka w porównaniu z tym co JA muszę ogarniać przez cały rok.
- Ty?!
- Skarbie, mój ojciec od sześciu lat nic nie robi. Wiesz, chce jeszcze pocieszyć się sławą do śmierci, a potem pojawię się ja. Moje imię magicznie wpisze się do ksiąg. A teraz spadaj i nawet nie myśl o zaatakowaniu mnie śniegiem czy lodem, bo A- wystawiłem ku góre wskazujący palec- ja też nad tym panuję i nic ci to nie da, oraz B- dostawiłem do tego środkowy- moja świadomość wszystkiego co zimne jest dziesięć razy większa niż twoja. Prosiłbym cię również o to, abyś przestała tak straszyć tych wszystkich ludzi...- zastanowiłem się chwilę- ty też zyskałaś sobie dziś wroga, skarbie- odwróciłem się i zacząłem odchodzić, przy czym moje gołe stopy zostawiały na drewnianym parkiecie ślady w postaci dość dużych, lodowych, płatków śniegu. W pewnym momencie się zatrzymałem- I serio, zmień tą sukienkę i się nie upokarzaj- ponowiłem krok. Czując, że przygotowuje się do ataku, przez nagły wzrost aury zimna, zamroziłem jej nogi, dłonie, a także usta, na wszelki wypadek. Gdy zniknąłem za rogiem, sprawiłem, by wszystkie oznaki naszej "bitwy" zostały usunięte...
Liv? Mus to mus.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz