Postanowiłam się przejść. W Krainie Czarów robiłam to naprawdę często. Uwielbiałam się wyciszać i po prostu posłuchać szumu drzew. Usiadłam na jakimś głazie, wgapiając się beztrosko w góry. Wyglądały pięknie - takich nie było w moich rodzinnych stronach. To był jeden z tych momentów, w których pragnęłam nie być wcale zła, ale nieść dobro i nadzieję. Szybko jednak minął, gdy zobaczyłam mojego nowego nemezis. Przypomniałam sobie jego bezczelność i wbiłam w niego gniewny wzrok.
- Nie wiesz, że złość piękności szkodzi "księżniczko"? - zadrwił, a ja prychnęłam głośno, zakładając nogę na nogę.
- Mogę być najgorszą istotą we wszechświecie, a i tak będę piękna - odparłam, uśmiechając się złośliwie. Nie patrzył na mnie, ale niemal usłyszałam, jak przewraca oczami. Ponownie miałam ochotę podejść i go walnąć. - Tak czy inaczej, już drugi raz psujesz mój dzień. A zapowiadał się taki wspaniały wieczór - westchnęłam ciężko i wstałam, odchodząc trochę. Potem obejrzałam się przez ramię. - Wiesz, co? Uznałam, że nie ma, co na ciebie marnować czasu - powiedziałam nad wyraz spokojnie. - Po prostu dam ci spokój i liczę na to samo - mruknęłam i odeszłam. Byłam z siebie w sumie dumna, ponieważ zachowałam się zupełnie inaczej, niż moja matka, która pewnie zaczęłaby krzyczeć "Skrócić go o głowę!", jak to miała w zwyczaju...
William? Brak weny...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz