Uczenie się historii królestwa na blachę, tuż przed lekcją, nie było moim ulubionym zajęciem. Cud, że przy mojej nadpobudliwości udawało mi się wysiadywać, czytając po ileś razy to samo zdanie i powtarzając je sobie w głowie. Ojciec mówił, że to dość potrzebne, nawet jeśli nie mamy takich lekcji w szkole, bo nie wiadomo, czy ktoś ciebie z tego nie przepyta. Prawda jest taka, że moja rodzina zawsze dmuchała na zimne...
Zapamiętywanie dat, formułek i innych, tym podobnych, nie było dla mnie kaszką z mleczkiem, więc przez godzinę, zdążyłem nauczyć się ledwo strony, chociaż i tak jąkałem się, gdy mruczałem to cicho pod nosem, byleby nikt tego nie usłyszał. Dziwne, że jeszcze nic mi za bardzo nie przeszkodziło, patrząc na ogólny chaos i hałas na korytarzu. Wymijało mnie kilkanaście osób naraz, niektórzy biegli, inni natomiast fruwali. Przyznam, że też z chęcią bym to porobił, chociażby dlatego, że od godziny, dziesięciu minut i 34 sekund siedzę nad starą książką, która, tak na marginesie, zajeżdżała trucizną. Kto jak kto, ale ja nie mam czasu na to, by ją wywietrzyć, czy po prostu wziąć inną. Lenistwo znowu ze mną wygrywa...
- Hej! Ty! Niebieski!- nim się obejrzałem, ktoś wyrwał mi z rąk książkę i odrzucił koło mnie, na parapet, na którym siedziałem i który już dawno cały pokrył się lodem i szronem. Uniosłem wzrok i spojrzałem, w jakże niebiesko-zielone i ogromne oczy, które świdrowały mnie na wylot. Wskazałem palcem na siebie, jakby nie wiedząc, że określenie "Niebieski" odnosi się do mnie, a właściwie, do moich włosów. Osobą, która po chwili jęknęła zrezygnowana i popukała się w czoło, okazała się różowo włosa, szalona Charlie. Podobnie jak ja, uczęszczała do wydziału magicznego i z tego co wiem, jej ojcem był nie kto inny, jak sam szalony kapelusznik. Mój tata często o nim wspominał, mówiąc to jak bardzo chciałby spróbować tej jego słynnej herbaty. Nigdy mu się to nie udało, ale chociaż miał jakieś marzenie.
- Tak?- spytałem przekrzywiając nieco głowę. Dziewczyna oparła dłonie o moje kolana i nachyliła się ku mnie z "bananem" na twarzy.
- Masz może zapasowe dwie kropelki z jeziora?- spytała, po czym zaraz dodała:
- Pewien nieuważny uczeń z wydziału wojowników wytrącił mi ją z dłoni swoją dzidą. Masz je?
- Ja... Jakie kropelki?- moje zdziwienie było jak najbardziej autentyczne, a poza tym, jeszcze nie za bardzo kontaktowałem, po tym, jak wyrwała mi książkę z rąk.
- Ajajaj! Nie mów, że zapomniałeś o zadaniu na eliksiry! Nie ładnie, Jonathan, nie ładnie!- dziewczyna pokręciła palcem, na co ja dostałem natychmiastowego olśnienia, zerwałem się na równe nogi, waląc przy tym głową o jej podbródek. Przeprosiłem ją jedynie, po czym, chwytając książkę, popędziłem na dolne piętro, przy czym towarzyszył mi tylko głośny śmiech dziewczyny. Jedyne co mi pozostało, to modlić się, bym pamiętał o książce, zanim wylecę jak nienormalny na dwór.
Szybko przelatywałem wzrokiem po literkach, wykazujących mi skład i sposób przygotowania napoju. Uznałem, że znalezienie roślin będzie najłatwiejsze, patrząc na to, że rosły w ogrodach pod akademikami. Jedyny problem mogła sprawić mi Mantykora... wielkie bydle, z ogonem skorpiona... i jak ja mam jej wyrwać jeden, malutki, do tego FIOLETOWY, włos?! Przecież ona mnie zeżre, a moimi kośćmi będzie wydłubywać sobie resztki mojego ciała z zębów!
Jak przypuszczałem, znalezienie Jaskru było banalne. Rosły tuż pod budynkiem, chyląc swoje żółte płatki ku słońcu. Płatek czerwonej róży podkradłem z bukietu pewnego zalotnika, który właśnie niósł go, zapewne, swojej ukochanej. Było to urocze i jakże miłe. Zamarzyłem o tym, aby mieć kogoś takiego. Osobę, która da mi bukiet róż większy ode mnie, przytuli mnie wieczorem i po prostu pokocha takiego jaki jestem. Wtedy uznałbym, że jestem w pełni szczęśliwy. Nie posiadałem również problemów ze zdobyciem kropli z jeziora, zbierając ich cztery, by dwie dodatkowe przekazać, mojej wybawicielce, Charlie.
Do zebrania pozostały mi jedynie dwie rzeczy, których jakże się obawiałem, wiedząc, że najprędzej odnajdę je w Lesie Fatet. Wchodząc do niego czułem nieprzyjemny lęk, związany z tutejszym mrokiem, ponieważ od razu zdecydowałem się przejść na tą gorszą stronę, gdzie powinienem szybciej odnaleźć potrzebne produkty. Moje obawy nieco zmalały, gdy zobaczyłem długą, prostą ścieżkę, która ogrodzona była, poszukiwanymi przeze mnie, czarnymi różami. Czym prędzej uciąłem z jednej z nich kolec i ruszyłem dalej, napawając się tym, nieco przerażającym, ale zarazem pięknym widokiem.
Niestety moja radość nie trwała długo, bo dostrzegłem w oddali, poruszające się ciało, które przyozdobione było nietoperzowymi skrzydłami, oraz ogonem godnym skorpiona z najgorszych koszmarów. Jedyna rzecz, która ośmieliła mnie podejść bliżej, to lśniąca, fioletowo-różowa grzywa. W takich momentach dziękuję Bogu, że umiem latać, dzięki czemu jedyne co zrobiłem, to podleciałem do potwora, wyrwałem mu włos i z niesamowitą prędkością poleciałem ku górze, by skierować się w stronę akademiku, gdzie przygotowałem trunek krok po kroku i jeszcze tego samego dnia zaniosłem go nauczycielce, modląc się, by nadawał się do czegokolwiek, prócz mycia podłogi.
5
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz