- Jinx, łobuzie! - wrzasnęłam, ale chwilę potem się opanowałam, nie chcąc obudzić połowy Akademii. Podniosłam się leniwie i po założeniu rękawicy wystawiłam rękę, by ptak mógł na niej usiąść. Dwoma palcami delikatnie przejechałam po jego pierzastej głowie, a on ją lekko przechylił, skrzecząc cicho. Uśmiechnęłam się, po czym przegoniłam Jinx'a na krzesło. Zwykł siadywać na jego oparciu. Orzeł z dezaprobatą opuścił moje nad wyraz wygodne ramię, a ja powoli, ale to naprawdę powoli wstałam. Naciągnęłam na stopy moje nazbyt urocze różowe kapcie z króliczkami i skierowałam się mozolnym krokiem w stronę garderoby.
Co ubrać? Co, do licha, ubrać? Tak dużo ciuchów, a jednocześnie tak mało. Po prawej stronie sukienki w kolorach całej gamy barwnej, ale tak jakoś nie chciało mi się ich zbyt często ubierać. Ja stawiam raczej na wygodę, a spódniczki i topy do takowych raczej nie należą. Zamknęłam oczy i wyjęłam pierwszą lepszą bluzkę z brzegu. Spojrzałam na nią z odrazą.
Ja się pytam, co w mojej szafie robi biała bluzeczka z kotkiem bawiącym się kłębkiem wełny?! Westchnęłam ciężko i odłożyłam ją z powrotem. Dopiero teraz przypomniałam sobie, skąd mam ten dziwny, dziecięcy ciuszek. To prezent od ciotki Elinor. I wszystko jasne.
Ciotka Elinor to… Hm… trochę kuriozalna persona. Ubiera się jak klaun z McDonald’s i daje prezenty typu słoik ogórków kiszonych. Wydaje się być sympatyczna, ale nie można o niej pogadać o niczym innym niż o wyprzedaży prześcieradeł na wyspach Bora-Bora.
Wyjęłam więc podkoszulek z samego mrocznego dna mojej ogromnej szafy. Czarny, z czerwonymi wstawkami. Idealny na ćwiczenia sportowe. Słyszałam, że dzisiaj mają zapowiedzieć jakieś ciekawe zadanie. Nie mogłam się doczekać, aby je usłyszeć.
Do kompletu wzięłam również czarne legginsy. Całe szczęście, że nie jestem tłusta, bo nie mogłabym ich zakładać. A legginsy to zdecydowanie jedne z najwygodniejszych i najlepszych rodzajów spodni. W sumie gdybym była taką kiełbasą, to i tak nie chciałabym pokazywać się w niczym.
Podeszłam do szuflady i wyjęłam parę białych skarpetek. Nie do pary. Kolejne też nie. Dopiero za trzecim razem znalazłam dopasowane. Wciąż nikt nie odgadnął fenomenu znikających w praniu skarpetek, prawda? To poważna sprawa.
Zaczesałam włosy w taki ciekawy warkocz. Kiedyś sposób na zrobienie go pokazała mi moja mama i tak się złożyło, że teraz mam taki prawie codziennie. Jest niezwykle ładny i do tego nie rozwala się tak szybko jak zwykły koński ogon.
Przewertowałam pokój wzrokiem. Od kiedy panuje tu taki porządek? Niesamowite, co człowiek może zrobić z nudów. Nie posądzałam siebie wcześniej o pedantyzm.
Szybkim krokiem pomknęłam w stronę jadalni, gdzie przeżułam kanapkę z żółtym serem. Wolę szynkę. Nie było szynki. O, zgrozo. Wypiłam duszkiem parę łyków herbaty i pomknęłam na zajęcia.
Pan Lorenzo powitał mnie z nienaturalnie szerokim banańcem na twarzy. Wyglądał dość zabawnie i gdybym miała kamerę, przyrzekam, nagrałabym tą jego minę.
- Hej, Willi – podał mi rękę, wciąż się uśmiechając – Pamiętasz o zadaniu na jutro?
Odchyliłam głowę, unosząc do góry brwi. Coś we mnie drgnęło.
- Jakie, do jasnej ciasnej, zadanie? – zmarszczyłam czoło.
Wszyscy zachichotali, a ja wciąż stałam w centrum klasy, zdezorientowana.
- Znajdź pięć czerwonych wstążek i ochrzcij jeden ze swoich jakże cennych noży w jeziorze z czarnymi łzami. To chyba nie takie trudne? – roześmiał się nauczyciel, a ja daję słowo, że nie wiedziałam wcześniej o tym zadaniu.
- Czas do jutra? – jęknęłam. Pan Lorenzo pokiwał głową z satysfakcją. I z czego się cieszy?
Zwolniłam się więc z pozostałych lekcji, nie podając usprawiedliwienia. Pobiegłam truchtem w stronę lasu. Jeszcze się nie wyrobię i nie zdążę do jutra przynieść tych felernych wstążek!
Oczywiście nasza cudowna puszcza roi się od różnych „przemiłych” futrzaków i roślinek, które tak bardzo chciałyby nas spotkać, by móc się z nami pobawić.
A raczej pobawić się naszymi bebechami.
Przełknęłam ślinę na szelest liści i trzask łamanych gałązek. Obróciłam się gwałtownie, ale nikogo za sobą nie ujrzałam. Znów więc odwróciłam wzrok przed siebie i zobaczyłam wilkołaka skaczącego na mnie z przeraźliwym warknięciem. Pisnęłam przestraszona i wyjęłam nóż, jednak i tak straciłam równowagę i przewróciłam się na ziemię. Unikałam kłapnięć szczęki potwora, jednocześnie próbując dźgnąć go nożem. Wilk wgryzł się w moją rękę, a ja uderzyłam go drugą po pysku. Zawył żałośnie, ale znów przystąpił do ataku. Stracił jednak już swoją szansę, gdyż szybko przeturlałam się i teraz to ja stałam nad nim, siedząc na jego brzuchu tak, aby nie mógł się przekręcić i znów mnie zaatakować. Na ułamek sekundy zamknęłam oczy i wzięłam powietrze w płuca, po czym wbiłam nóż w gardło zwierzaka, który pisnął z bólu, jednak zaraz przestał się szamotać, a jego głowa opadła bezwiednie. Spojrzałam na poszarpaną rękę. Pół biedy. Zatrzymałam się jeszcze chwilkę przy wilkołaku, po czym wolnym krokiem odeszłam z miejsca zdarzenia.
Pierwszą wstążkę znalazłam na jednej z sosen, na wysoko osadzonej gałęzi. Przy pomocy noża wdrapałam się tam i włożyłam element zadania do mojej sakwy. Idealnie. Jeszcze cztery. Zeszłam więc z drzewa i po paru minutach dotarłam na jakąś zieloną polankę. Druga wstęga była na rogu jelenia.
Jak mam ją zdobyć? Przecież to szybkie zwierzę zaraz mi czmychnie, pozbawiając szansy dostania ważnej dla mnie rzeczy!
Gdy znalazłam się dostatecznie blisko, rzuciłam nożem w stronę jelenia. Trafiłam w nogę, więc nie mógł uciec. Podbiegłam do niego i rozwiązałam wstążkę z jego poroża, po czym wyjęłam nóż z nogi. Opatrzyłam je i owinęłam płócienną szmatką. Samiec, gdy tylko stanął na nogi, uciekł w las. Nie dziwię mu się.
Trzecią wstążkę znalazłam ukrytą w liściach. Zobaczyłam jej wystający koniuszek i to mnie uratowało. Zebrałam ją szybko i schowałam na dnie torby. Przeliczyłam jeszcze raz moje znaleziska. Trzy. Jeszcze dwa.
Zaatakowało mnie jeszcze sporo potworów. Czwartą wstęgę zdobyłam, gdy zabiłam wielkiego ptaka, który chciał mnie rozszarpać na strzępy. Tasiemkę miał przywiązaną do nogi na supeł. Spędziłam przy nim dobre dziesięć minut, zanim do rozwiązałam.
Piąta kokarda… Szukałam jej bardzo długo, aż do wieczora. Zrezygnowana poszłam do jeziora, ostatniego punktu mojej podróży, i to tam znalazłam ostatnią część zadania. Po prostu leżała sobie na kamieniu, i tyle. Aż zdziwiło mnie to, jak łatwą była zdobyczą.
Zamoczyłam mój nóż w wodzie. Zmyłam z niego całą krew wszystkich stworzeń przeze mnie zabitych, a na końcu ostrza pojawiła się czarna plama. Chciałam to zmyć, ale się nie dało. Widocznie tak ma być.
----
Następnego ranka, wykończona, poszłam do pana Lorenza i dałam mu pięć wstążek i pokazałam nóż z czarnym ostrzem. Był widocznie zadowolony ze mnie, co mnie jednak usatysfakcjonowało. Trudne, ale bardzo ciekawe zadanie.
+4
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz