niedziela, 4 października 2015

Od Edmunda " Zadanie I "

Dzień od rana zdawał mi się iść dziwnym biegiem. Miałem wewnętrzne przeczucie, że czegoś nie zrobiłem co oczywiście przeczyło wszystkiemu, ponieważ poprzedniego wieczoru nauczyłem się na wszystkie przedmioty, które miałem następnego dnia. Rano wykonałem wszystkie niezbędne  czynności i razem z Szuguszkiem poszliśmy na lekcje, które w naszym harmonogramie zaczynały się wcześniej ze względu na kółko odbywające się przed lekcjami. Korytarze były jeszcze puste, ponieważ te zajęcia zaczynały się przed śniadaniem. Odbyły się one normalnie... pełno dyskusji i ćwiczeń mocy magicznych, w których jak zwykle miałem okazję przodować. Szuguszek z radością bawił się ze znajomymi daimonami podczas gdy my mieliśmy zajęcia praktyczne z nauczycielem. Po godzinie zajęcia się skończyły i razem z Szuguszkiem skierowaliśmy się do stołówki. Po drodze minęliśmy cztery dziewczyny. Każda z nich trzymała fiolkę z jakimś płynem i każda również zachwalała swoją własność.
-Ja dodałam więcej kolców z czarnej róży i wyszedł mi eliksir nienawiści! - zapiszczała z ekscytacją – Wystarczy podać imię osoby, którą ma znienawidzić ktoś kto to wypije. - zaśmiała się – Podam to Roy'owi i postaram się, aby znienawidził tą swoją Margaret i wtedy w końcu do mnie wróci. - podskoczyła z radości. Skrzywiłem się na te słowa. W akademii nie wolno było podawać komuś takich eliksirów, ponieważ groziło to usunięciem ze szkoły no i oczywiście uszczerbku na zdrowiu osoby, która stała się ofiarą eliksiru. Na początku pomyślałem, że dziewczyny należą do kółka pani Mangory, ale... jakoś wewnętrznie czułem, że się mylę. Szuguszek siedzący na moim ramieniu szepnął mi do ucha:
-Nie powinieneś ostrzec tego Roy'a?
-A co mnie to obchodzi? Nie moja wina, że zadarł z nieodpowiednią dziewczyną. Niech teraz zapłaci za to co zrobił. - fuknąłem.
-Wiesz, że będziesz oskarżony o współudział, ponieważ wiedziałeś o tym, ale nie zareagowałeś?
-A kto powiedział, że o tym wiem? - uśmiechnąłem się szyderczo – Równie dobrze mogłem głośno słuchać muzyki i nic nie słyszeć. Poza tym... mam stertę własnych problemów. Nie potrzeba mi wrogów. - Szuguszek ugryzł mnie w szyję i wielce obrażony schował się do kaptura mojej bluzy. Nie lubiłem jak mnie gryzł.
Potem już nikogo nie spotkałem na korytarzu i w spokoju dotarłem na stołówkę. Bardzo się zdziwiłem kiedy zobaczyłem, że każdy z wydziału magicznego ma fiolkę z kolorowym płynem. Panowało tam wielkie poruszenie, ponieważ wszyscy chcieli się pochwalić swoimi dziełami. Stałem w przejściu jak słup starając się zrozumieć, dlaczego wszyscy mają dziś jakieś kolorowe cosie, a ja nie. Niepostrzeżenie wymknąłem się ze stołówki i pobiegłem w stronę sali alchemicznej, w której mieliśmy lekcje z eliksirów. Spojrzałem na korkową tablicę, na której zwykle znajdowały się różne informacje na temat lekcji, kółka i oczywiście zadań. Tak jak się spodziewałem... było zadanie, o którym zapomniałem, a termin oddania przypadał na tamten dzień.
-Shit! - przeklnąłem pod nosem na co Szuguszek wlazł mi na głowę i zbliżył głowę do tablicy.
-Nie mów, że zapomniałeś o tym zadaniu...
-Nie, nie zapomniałem... po prostu nie byłem świadom. - skrzywiłem się patrząc na kartkę z opisanym zadaniem. Musiałem obmyślić jakiś plan, a po chwili owy plan zaświtał mi w głowie.
-Szuguszku... musimy zniknąć ze szkoły. - powiedziałem zbliżając się do okna na korytarzu.
-I co dzięki temu zyskasz?
-Stracę dzień szkolny, ale za to jeszcze dziś zrobię ten eliksir i oddam go wieczorem pani Mangorze. Zaległości nadrobię z nawiązką. - odpowiedziałem usatysfakcjonowany.
-Taa... i zarwiesz kolejną nockę? - skrzywił się Szuguszek.
-Spoko, spoko... do tej pory nikt się nie skapnął.
-Bo nosisz okulary przeciwsłoneczne. - westchnął.
-Phi... żyjesz w kłamstwie. Pogódź się z tym. - jednym zgrabnym ruchem otworzyłem okno. Z kieszeni wyciągnąłem dwa małe dyski przypominające małe płyty do odtwarzania i rzuciłem je w powietrze. Te wróciły do swojej normalnej formy czekając na rozkazy:
-Status lotu. - powiedziałem. Po chwili miałem już przed sobą swój latający dysk. Bez większych farmazonów wspiąłem się na parapet i wskoczyłem na deskę lekko przymykając otwarte okno. Niestety... musiałem odlecieć trochę poza Asevill, aby przypadkiem nikt mnie nie zauważył i nie naskarżył na mnie, że poleciałem na jakieś wagary, bo przysięgam... spaliłbym tego kogoś na wiór. W głowie miałem setki przepisów na mikstury, które mógłbym zrobić z tych składników, ale z tego co widziałem na stołówce wszystkie przepisy zostały już wykorzystane. Skoro miałem to oddać wieczorem to chciałem zrobić coś wyjątkowego, a nie jakąś prościznę. Szuguszek pochwycił mojego smartfona, pytając:
-Może spytać cioci czy zna jakiś ciekawy przepis?
-Świetny pomysł. A jak nie zna to napiszesz do Chrisa, żeby przejrzał królewską bibliotekę. Może znajdzie się nawet coś czego nie ma w księgach w Asevill. - uśmiechnąłem się pod nosem, a Szuguszek zabrał się za pisanie sms-ów. Na moje szczęście okazało się, że Anna jest akurat w królewskiej bibliotece razem z moją matką. Po niedługim czasie udało im się znaleźć jedną z alchemicznych ksiąg i jako, że wiedziały, że potrzeba mi czegoś wyjątkowego to dały mi przepis na coś takiego, ale niestety... wymogi były niewiarygodnie wysokie. Każdy składnik musiał być wysokiej klasy, a nie z pierwszego lepszego ogrodu.
-Czyli jak zwykle... roboty więcej niż coś warte. - westchnąłem – Napisz cioci, żeby mi zdjęcie tego przepisu zrobiła i wysłała. - nakazałem Szuguszkowi.
-Już to zrobiła. - odpowiedział.
-Yay. - odpowiedziałem bez entuzjazmu – Co mam pierwsze na liście?
-Jaskier bulwkowy, a raczej owoc jaskra bulwkowego, którym jest jakiś orzeszek... kwiatek ma po prostu jakieś zielone coś na czubeczku i takich główek razem z płatkami musisz mieć siedem.
-Aha... gdzie to dostać? Wszędzie poza miastem gdzie nie ma za dużo zanieczyszczeń. Tak to może być problem, bo jak będzie za bardzo zanieczyszczony ten jaskier to eliksir szlag ci trafi.
-Mhm... widzisz tą listą, więc jak myślisz... zdążymy to wszystko ogarnąć? - spytałem z niepewnością.
-Przy odrobinie szczęścia na pewno.
-Też mi motywacja... - fuknąłem - ... najbliższa wiocha powinna być niedaleko. - stwierdziłem po wyjątkowo świeżym powietrzu.
-Wiesz... Akademia znajduje się tak trochę na wiosce, żeby nie było nie potrzebnych gapiów i w ogóle. - poprawił.
-I now, I now... pospieszmy się, żeby został czas na zrobienie tego eliksiru. - popędziłem deskę. Lecieliśmy coraz bardziej oddalając się od akademii. Opuściliśmy las otaczający szkołę by wyjechać na jakąś drobną osadę. Co jakiś czas było widać jakieś drobne gospodarstwa i łąki pełne różnych kwiatów i ziół. Żółtego było mnóstwo, ale potrzebowaliśmy tej konkretnej odmiany jaskra. Po kilku minutach zatrzymaliśmy się na jednej z łąk gdzie widzieliśmy dużo żółtego.
Miejsce było zaiście piękne... tak piękne, że miałem ochotę rozłożyć sobie kocyk pod jednym z drzew i pospać, ale... NIE, trzeba zrobić ten eliksir, żeby mieć dobrą ocenę. Szuguszek zeskoczył z deski i zaczął biec przez łąkę rozglądając się uważnie. Jako zwierzę potrafił rozpoznać wiele rzeczy i dojrzeć szczegóły, których człowiek dostrzec nie potrafi. W końcu wychylił głowę niczym surykatka i wskazał łapką jakąś kępkę:
-Tutaj masz trzy kwiaty z nasionem. Poszukam pozostałych czterech. - i zniknął w trawie. Ja zaś również zszedłem z pojazdu i z czystą fiolką podszedłem do kępki. Ostrożnymi ruchami urwałem trzy kwiaty i włożyłem do szklanego naczynia. Szuguszek znalazł pozostałe cztery i wskazał miejsce gdzie były. Po jakiś 10 minutach mieliśmy czternaście kwiatów... lepiej mieć dwa razy więcej jakby coś nie wypaliło za pierwszym razem.
-Co dalej? - spytałem. Szuguszek zamyślił się i odpowiedział.
-Trzy płatki róży czerwonej i trzy kolce róży czarnej.
-Róże są pod szkołą. Nie ma sensu jeździć za nimi, ale... skąd zdobyć te czarne? - zamyśliłem się.
-Z tą czarną jest właśnie haczyk... róża czarna musi być alchemicznie zmieniona na czarną, a nie czarna róża z mrocznego lasu.
-Alchemicznie powiadasz? No dobra... - wzruszyłem ramionami - ... dla nas lepiej. Mniej zachodu. Coś jeszcze?
-Do przygotowania eliksiru jest potrzebna krystalicznie czysta woda i... - urwał.
-Nie ważne... później się tym zajmiemy. Teraz ruchy po wodę. - przywołałem nasz pojazd i pozwoliłem, aby Szuguszek znów znalazł swe miejsce w kapturze mojej bluzy.
-Najbliższe źródło jest niedaleko... w najbliższym lesie... o tam! - wskazał łapką na las nieco daleko przed nami.
-No to ruszamy. - popędziłem deskę i nie zwlekając ruszyliśmy do lasy po wodę. Niedługo potem znaleźliśmy jezioro. Wylądowaliśmy na brzegu.
-W tak wielkim jeziorze jest jakieś źródło? - zdziwiłem się.
-Tak... - wyskoczył z kaptura na ziemię - ... pod tym wielkim drzewem. - wskazał – Jak nie będziesz tyle gadał to usłyszysz jak woda chlupocze. - wykręciłem oczami i sięgnąłem po największy słoik jaki miałem przy sobie. W duchu dziękowałem za to, że dziś miałem mieć zajęcia z eliksirów i przygotowałem własne naczynia. Podszedłem do drzewa, ale nie było ono skore do współpracy, ponieważ źródło było ustawione tak, że dostanie się do niego było naprawdę trudne, więc jedyne co mi pozostało to... wejście do wody. Miałem w planach pozbyć się kilku części mojego ubrania, ale los pokrzyżował mi plany. Chcąc zejść z brzegu poślizgnąłem się na błocie i jak długi wpadłem do zimnej wody.
-Zimno, kuffa! - wrzasnąłem, a na gałęzi drzewa dojrzałem śmiejącego się Szuguszka – I z czego tak ryjesz, gałganie?! - to pytanie jeszcze bardziej go rozśmieszyło. Kichnąłem i zacząłem się trząść z zimna... byłem na nie dość słabo odporny... niestety. Zdecydowałem jednak, że skoro już jestem w wodzie do naleję tej wody. Podpłynąłem do drzewa i z łatwością udało mi się zdobyć wodę kosztem ubrania. Mokry od stóp do głów wyszedłem z wody i schowałem słoik do torby. Szuguszek nie miał zamiaru zmoknąć od mojego ubrania i tym razem schował się w kieszeni.
-C-co m-mamy n-n-następne? - spytałem szczękając zębami.
-Zostały róże. - mruknął. Chciałem jak najszybciej wrócić do akademika, przebrać się i zrobić ten cholerny eliksir. Nieźle wkurzony szybko ruszyłem w drogę powrotną.

***

Po pół godzinie udało mi się wrócić i nie być zauważonym. Przemknąłem się do swojego pokoju, wysuszyłem się, przebrałem i niepostrzeżenie wyszedłem do uczniowskiego ogrodu po róże. Już w lepszym nastroju podszedłem do tej części ogrodu i kiedy zauważyłem, że w owym miejscu nie ma ani jednej róży, wściekłem się. Miałem ochotę spalić wszystkie krzaki, ale powstrzymałem się jakoś. Nie powstrzymałem się jednak by sfajczyć czyjeś włosy... a konkretniej takich dwóch typów, którzy przyłapali mnie na gorącym uczynku:
-Prosze, prosze... - zaczął pierwszy - ... różyczki się skończyły? Smutne... - zapiszczał jak dziewczynka tylko po to, aby mnie wkurzyć – Obawiam się, że nie tylko ty ich potrzebowałeś.
-Było ich wiele i sądzę, że i dla mnie by wystarczyło, ale patrząc na was jestem pewny, że mieliśmy między sobą jakiś zatarg, a wy w ramach odwetu postanowiliście zemścić się na mnie w tak podły sposób jak zniszczenie wszystkich kwiatów róż, bym nie miał ich do zrobienia mikstury. - wzruszyłem ramionami.
-Jakiś ty mądry. - zaczął drugi – Niech to cię nauczy, że się z nami nie zadziera. - warknął triumfalnie. Ja na to uniosłem jedną brew i spytałem:
-Ile zapuszczaliście te włoski co macie na głowie? - oni tylko spojrzeli po sobie, a ja westchnąłem – Zapomnijcie, że o cokolwiek pytałem. - pstryknąłem palcami, a nad głowami chłopaków zatańczyły dwa ogniki, które po chwili zajęły się ich włosami. Uciekli kwicząc i wrzeszcząc, ale ktoś ich później ogarnął, ponieważ krzyki umilkły. I tak byłem wściekły, bo nie wiedziałem gdzie jeszcze rosły róże. Podrapałem się po głowie i kapłem się, że jest jeszcze ogród nauczycieli, w którym również jest wielki krzak tych kwiatów. Niczym ninja przedostałem się przez żywopłot do tego ogrodu i podszedłem do krzaka róż.
Rozejrzałem się, ale nikogo nie zauważyłem i w tym czasie zerwałem trzy róże no i oczywiście pokułem się, bo mam downa i zapomniałem, że róże mają kolce. Brawo ja! Kiedy miałem już odchodzić moim oczom ukazał się jeden z nauczycieli, z którym nie miałem za dobrych kontaktów. Dostałem od niego niezły ochrzan za to, że nie ma mnie na lekcjach i oczywiście kazano mi na nie iść:
-Tak, tak... już idę. - tylko tyle powiedziałem i zniknąłem mu z pola widzenia wracając do swojego pokoju, w którym Szuguszek był i bardzo dziwnie się zachowywał. Co mam na myśli mówiąc " dziwnie "? Łaził wszędzie fucząc coś pod nosem. Myślałem, że to jakiś rytuał i pozwoliłem mu kontynuować. Wszystkie składniki, które miałem poukładałem na stole razem z księgami i innymi przedmiotami, które były mi potrzebne. Nim jednak zabrałem się do pracy, Szuguszek pociągnął mnie za bluzę:
-Co chcesz? - spytałem zniecierpliwiony.
-J-ja... zapomniałem o jednym składniku. - szepnął. Westchnąłem:
-O jakim?
-Em... szu szu szu. - wymamrotał coś tak cicho, że go nie usłyszałem.
-Powtórzy głośniej.
-Fioletowy... szu szu szu. - i znowu.
-Powiedz NORMALNIE. - powiedziałem już bardzo poirytowany.
-FIOLETOWY WŁOS MANTYKORY! - wydarł mi się w twarz, która teraz nie wyglądała na pogodną i łagodną. Brew mi zadrżała, ale nie byłem zły na Szuguszka tylko na nauczycielkę. W moim przypadku zdobycie włosa od takiego zwierza to horror. Ze złością wstałem od stołu i przeszedłem się po pokoju.
-Dobra... widać czeka nas wycieczka do mrocznego lasu. - wymamrotałem. Wziąłem swoją torbę, którą wypełniłem różnymi fiolkami na wypadek gdybym zdobył jakiś ciekawy składnik, który mógłby mi się kiedyś przydać i razem z Szuguszkiem ponownie wybyliśmy ze szkoły.
Przekraczając granicę mrocznego lasu od razu aktywowałem swoje pistolety w miecz. Szuguszek usiadł mi na ramieniu i rozglądał się uważnie w poszukiwaniu potwora. Nie miałem ochoty na walkę, ale cóż... szkolne wymogi, chwała wam. Nie żebym się bał, ale pierwszy raz miałem walczyć z tym potworem na poważnie. Byłem gotowy na walkę, ponieważ nie byłem typem takiego co się zakradnie, ukradnie włos i zrobi puff niczym ninja. W lesie nie natknęliśmy się na potwora, więc ruszyliśmy dalej na skalne tereny. Tam lubiły przebywać, ale czasami wychodziły na żer do lasu. Moje zmysły były wyczulone na każdy najmniejszy szmer. W końcu poczułem powiew wiatru i charakterystyczny szum skrzydeł, a po chwili także ryk lwa.
Na skale siedziała ogromna mantykora. Wielki skorpionii ogon, poszarpane od walk skrzydła i dwa wielkie rogi, które były rzadkością wśród tej rasy... aż ciarki mnie przechodzą na samą myśl. Nie wyglądała na to, aby się mnie bała. Zeskoczyła z krawędzi i bez strachu zbliżała się do mnie. Wkurzyłem się, ponieważ nie lubiłem jak ktoś tak mnie traktował... nawet taki groźny potwór. Kiedy mantykora machnęła na mnie łapą, poparzyłem ją co ją rozwścieczyło. Ze złością skoczyła przede mnie na co ja chciałem się cofnąć, ale potknąłem się o kamień i wylądowałem na żwirze, raniąc sobie dłonie. Potwór warknął na mnie triumfalnie jakby już wygrał i trącił mnie ogonem jak próbowałem wstać co spowodowało placuszek, który wylądował na skalnej ścianie, czyli mnie. Wściekłem się. Zmieniłem swoje dyski w dwa rewolwery i skierowałem ich tor na mantykorę. Zacząłem strzelać jak szalony, gdyż mantykory miały wyjątkowo twardą skórę i kilka strzałów nie zrobiłoby jej większej krzywdy. Po chwili potwór upadł. Kiedy upewniłem się, że nie żyje, zerwałem kilka włosów, ale nie miałem zamiaru zostawiać reszty. Przykryłem stwora materiałem, który posiadałem i za pomocą nieszkodliwych płomieni przetaszczyłem do szkoły. Przydałaby nam się do celów naukowych, a nie raz się zdarza, że na lekcjach czegoś nam brak. Kiedy byłem już na terenie akademii schowałem ciało na swoim balkonie i niezwłocznie zabrałem się za tworzenie mikstury. Najpierw zmieniłem jedną z róż na czarną. Na stole narysowałem węglem krąg transmutacyjny, na którego środek położyłem różę i srebrną łyżkę. Różdżką dotknąłem środka. Krąg zabłysnął złotym światłem i po chwili dostałem swoją czarną różę.
Odciąłem jej trzy kolce, a resztę włożyłem do flakonu. Tak samo postąpiłem z płatkami jednej z czerwonych róż. Wyrwałem trzy płatki i odłożyłem pozostałość do naczynia z wodą. Przygotowałem sobie ładną kolbkę na eliksir i wsypałem tam kolce, płatki, jeden włos i siedem kwiatów jaskra. Wszystko to zalałem krystaliczną wodą. Spojrzałem na Szuguszka i spytałem:
-W jakiej temperaturze ma się to gotować?
-W 200 stopniach celcjusza. - kiwnąłem głową i nie czekając dłużej dotknąłem szklanego naczynia, które zaraz buchnęło silnym ogniem. Przez kilka minut gotowało się, a potem ogień zgasł.
-Co następne? - spytałem Szuguszka.
-Oddać do niskiej temperatury, wstrząsnąć i już. - nic prostszego. Chuchnąłem na szklane naczynie, które zaraz zalało się szronem. Widoczne były zmiany. Po chwili wstrząsnąłem fiolką i to co dostałem było po prostu świetne... stwierdziłem, że było warto.
http://img09.deviantart.net/9d03/i/2012/331/1/3/rainbow_magic_by_incolor16-d5mc5ys.jpg
Nie widziałem u nikogo tęczowego eliksiru. Zatkałem naczynie koreczkiem i niezwłocznie udałem się do sali alchemicznej, w której miałem nadzieję spotkać panią Mangorę. Zabrałem ze sobą ciało stwora i na moje szczęście nie spotkałem nikogo, ponieważ dość późno skończyłem pracę... jak się później okazało. Zauważyłem, że od drzwi bije światło. W duchu ucieszyłem się z tego. Zapukałem cicho do drzwi:
-Proszę! - odpowiedziała pani Mangora. Wszedłem powoli i przywitałem się. Było widać, że nauczycielka nie spodziewała się mnie. Wyjaśniłem moją nieobecność i oddałem jej fiolkę. Była zaciekawiona nią, ale nic nie powiedziała, za to ja miałem jej jeszcze coś do oddania:
-Dzisiaj musiałem zabić mantykorę, żeby zdobyć włos, dlatego też nie chciałem, aby ciało się zmarnowało, tak więc... - urwałem i za pomocą żywych płomieni wniosłem ciało do sali - ... oddaję to na cele naukowe. Myślę, że się przyda. Dobranoc. - pospiesznie opuściłem salę i wróciłem do pokoju, ale nie miałem zamiaru spać... zadania same się nie zrobią.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz