wtorek, 6 października 2015

Od Jonathana cd Live

Podczas gdy matka Rooney darła się na nią jak nienormalna, ja siedziałem na korytarzu, przy uchylonych drzwiach, prowadzących do jej pokoju, przysłuchując się wszystkiemu z uwagą. Ostatnie słowa mnie nieco zaniepokoiły, a kiedy tylko usłyszałem, że czarownica opuściła komnatę nastolatki, wkroczyłem tam bez większego zastanowienia. Dziewczyna od razu powitała mnie atakiem sopli lodu, który odparłem bez większych trudności. Słała mi pełne nienawiści spojrzenie, zaciskając palce w pięści. Na podłodze, przy jej stopach, leżały kryształki lodu, a na jej policzkach, prócz ciętej rany, zauważyć można było łzy.
- Czego tu chcesz?!- wybuchła, a krew momentalnie zamarzła, podobnie jak sama rana. Bez słowa, podszedłem do łóżka i usiadłem na nim- Jak śmiesz tu wchodzić i bezczelnie siadać na moim łóżku?! Wynocha!
- Twoja matka nie jest jakoś szczególnie troskliwa- mruknąłem, oglądając pokój. Był podobny do mojego, wszystko utrzymane w błękitnych i białych barwach, tyle, że u niej większość była oblodzona, podczas gdy u mnie, z sufitu sypał się śnieg.
- Co cię obchodzi jaka jest moja matka, co, Frost?- wyszeptała, mrużąc przy tym oczy i zabawnie marszcząc nosek. Pokazałem jej, by usiadła obok mnie, na jedwabnej, białej pościeli. Początkowo patrzyła na mnie niechętnie, ale w końcu, dość niechętnie, spełniła moją prośbę. Patrzyła na mnie spod byka i ciągle odnosiłem wrażenie, że zaraz mnie zamrozi, bądź zabije.
- Słyszałem wszystko o czym rozmawiałyście... a raczej wszystkie słowa, które wywrzeszczała twoja mama...
- Podsłuchiwałeś nas... gnojek...- założyła dłonie na piersi.
- Tak, podsłuchiwałem. Ale chodzi o to... nie zrobisz tego, prawda?
- Czego?
- Nikogo... nikogo nie zabijesz- spojrzałem w jej oczy, czując narastający niepokój. Liv ściągnęła brwi, prostując się przy tym i posyłając mi groźne spojrzenie.
- A czemu nie?- ton jej głosu był okropnie przerozumiały.
- Nie musisz tego robić- w przeciwieństwie do niej, ja ukazywałem jej uśmiech, który odkrywał moje białe jak śnieg zęby.
- Zrozum. Jeśli ja kogoś nie zabiję, to matka zabije mnie!- okna znowu pozamarzały, a przez pokój zawiał nieprzyjemny, chłodny wiatr.
- Powstrzymamy ją...- mimowolnie chwyciłem ją za rękę. Dziewczyna spojrzała na mnie w stylu "Niby jak?" oraz "Weź mnie puść... zboczeniec". Na to tylko zachichotałem i potarłem kciukiem o skórę na jej dłoni zimnej dłoni- Nie wiem jak, ale zrobimy to. Nic ci nie grozi i nikogo nie będziesz musiała zabić...
- Skąd ta pewność, Jonathan?- spojrzała na nasze dłonie.
- Przeczucie...- uśmiechnąłem się, przymykając oczy.
- Dlaczego to robisz? Jesteś taki miły... zdajesz sobie sprawę, że i tak nie zaciągniesz mnie na dobrą stronę, prawda?
- Nie wiem... może mi się uda. Uwierz, tam się marnujesz. Nie musisz być jak twoja matka. Możesz robić co chcesz. Jeśli chcesz być zła, rozumiem. Ale ja wiem jedno. O tutaj- dotknąłem palcami jej klatki piersiowej- jest dobro, którego nie ma u twojej matki... możesz uważać, że nie ma go w tobie, albo po prostu je zamroziłaś. Ale ja wiem jedno. Jest. Uśpione, ale jest...- po tych słowach wstałem i skierowałem się do wyjścia, ale nagle sobie coś przypomniałem- Ach. I jeżeli twoja matka, grozi ci śmiercią... ja na twoim miejscu nie nazywałbym już jej matką...

(Liv?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz