sobota, 17 października 2015

Od Esther (do Samuela)

Spojrzałam na chłopaka leżącego na ziemi. Zwróciłam wzrok przed siebie, za murem znikali jacyś uczniowie naszej akademii. Znałam ich z widoku, byli jednymi z najpopularniejszych osób w naszej szkole. I jednocześnie największymi kanaliami. Mimo, że tak jak oni byłam po stronie zła, nienawidziłam ich z całej siły, chociaż także ich nie zdążyłam poznać. No... teoretycznie. To jeden z nich podstawił mi nogę, kiedy szłam przez korytarz. I to on później tego w jakiś sposób pożałował. Mimo, że nie miałam w zwyczaju pomagać ludziom, zaciągnęłam nieznajomego do mojego pokoju. Przyszło mi to z trudem, ale ostatecznie się udało. Wyjęłam wcześniej przygotowany olejek z lawendy i tymianku, po czym posmarowałam nim brzuch chłopaka. Był cały siny od ciosów, i przyrzekam, przez krótką chwilę zrobiło mi się go żal.
Wzięłam jedną z książek o ziołach i czytałam dość długo, aż przerwał mi to cichy jęk.
- Boli... - to był ów chłopak, leżał na moim łóżku, dotykając brzucha. Podeszłam do niego i spojrzałam z wymuszonym uśmiechem.
- Nie martw się, jesteś bezpieczny - powiedziałam słodkim głosikiem, pochylając się nad nim. - Otrzymałeś już ode mnie pomoc.
Spojrzał na mnie dziwacznie, po czym z trudem podniósł plecy i usiadł, opierając się o ścianę.
- Lepiej już się czujesz? - przechyliłam głowę, próbując sprawić wrażenie zmartwionej.

Samuel? :3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz