Siedziałem w moim pokoju, bezsensownie gapiąc się w okno. Pogoda była beznadziejna, od rana lało jak z cebra. Jednak deszcz to najlepsza pora na obserwowanie przyrody. Jest ciekawszy niż słoneczne skwary.
Nagle zaobserwowałem lecący w stronę mojego okna punkcik. Zwiększał się z każdą chwilą, nabierając kształtu.
- Denver? - uśmiechnąłem się pod nosem na widok jastrzębia. Stanął na parapecie, podając mi list w zdobionej kopercie. Pewnie od rodziny. Zawsze poznaję ją po wyrazistym, czerwonym znaczku podkreślającym wartość tego papieru.
Rozwinąłem zwój i zobaczyłem paręnaście rzędów pisanych drobnych maczkiem liter. Czarny jak węgiel atrament wyróżniał się na śnieżyście białej kartce.
"Kochany Edmundzie,
jak mija nauka w Akademii? Poznałeś już jakiś przyjaciół?".
Już wiedziałem, że to moja kuzynka, Isabelle. Ona zawsze zadaje takie pytania.
Właśnie, przyjaciele. Nie znam tu prawie nikogo, może dlatego, że do tej pory nawet nie chciałem? Zawsze trzymam się na uboczu. W sumie to jestem introwertykiem, więc to nic dziwnego. Teraz jednak poczułem potrzebę poznania KOGOKOLWIEK. Nawet głupca. Nawet świra. Nawet psychopatę. Mimo wszystko nie chcę, abym był cieniem w Akademii.
Odłożyłem list na stoliczek i wyszedłem z pokoju, gdyż zaraz miał być obiad. Po dostaniu swojej porcji usiadłem na samym brzegu stołu i już miałem zacząć jeść, gdy podeszła do mnie jakaś dziewczyna o blond włosach.
- Mogę się przysiąść? - zapytała bez emocji.
Uniosłem na chwilę wzrok, by przewertować salę. Faktycznie, wszystkie miejsca zajęte. Pokiwałem więc lekko głową, skinieniem wskazując na krzesło naprzeciwko mnie. Dziewczyna tam usiadła i zabrała się do jedzenia.
Livie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz