W pokoju panowała grobowa cisza. Co jakiś czas przerywał ją delikatny szum drzew zza otwartego okna bądź skrzypienie wielkiego łoża. Drobny chłopak o bladej karnacji i rudych włosach spał, otulony puchową kołdrą. Jego oddech był nad wyraz spokojny, a on sam lekko uśmiechnięty. Nie spał od kilku dni, zajęty sprawami związanymi z przeprowadzką i wypełnianiem akademickich papierów. Teraz mógł to sobie nadrobić... A przynajmniej tak mu się wydawało. Chwile słodkiego lenistwa przerwało mu pukanie do drzwi. Alan postarał się je zignorować, ale dźwięk był coraz bardziej natarczywy. Otworzył jedno piwne oko i westchnął cicho. Nie chciało mu się wstawać z ciepłego łóżka... Zrezygnowany wygramolił się z rozgrzanej pościeli, uważając, by nie obudzić śpiącego jeszcze, rudego kota Tadzia. Skrzywił się nieznacznie, widząc, w jakim stanie znajduje się jego pokój. Wszędzie walały się nierozpakowane pudła, sztalugi i pędzle. Poprzedniego dnia Rudy pierwsze co zrobił, to namalował widok zza swojego okna. Niezwykle piękny widok... Chłopak uważając, żeby na nic nie nadepnąć, poszedł w kierunku drzwi. Otworzył je niezdarnie, a do środka natychmiast wtargnęła okrągła kobieta w średnim wieku, o długich blond włosach i zarzuconych na nosie, czarnych, staromodnych okularach. Już miała coś powiedzieć, a wnioskując po jej minie, nie było to nic miłego, ale zamilkła, obrzucając Alana krytycznym spojrzeniem.
- Książę Scottland? - zapytała jakby niedowierzając - Hmm... Numery pokoju się zgadzają, piętro też... - dodała, grzebiąc w skórzanej teczce.
Rudy patrzył na nią zaspanym, nieprzytomnym wzrokiem. I nagle go olśniło. Spojrzał w wiszące na ścianie lustro i niemal się przewrócił. Jego twarz, ręce i klatka piersiowa były umazane w zielonej farbie, której wczoraj używał, włosy sterczały mu na wszystkie strony, a w dodatku miał na sobie jedynie bokserki. Bokserki w małe kocie pyszczki... Nic dziwnego, że kobieta uznała go za kogoś innego.
- Tak, to ja... - mruknął swoim dziecięcym, zaspanym głosem.
Kobieta poprawiła okulary i sięgnęła po jeden z licznych papierów w teczce.
- Tu masz swój rozkład zajęć. Dziś zaczynasz o 10 i pierwszą masz sztukę walki mieczem, potem bronią dowolną i naukę maskowania się w terenie. Nie spóźnij się.
Żwawym krokiem wyszła z pokoju, zostawiając osłupiałego Rudego samego.
- ...o dziesiątej? - wydukał.
Zegarek wskazywał dziewiąta pięćdziesiąt jeden.
~ * ~
Przez akademicki korytarz gnała postać w za dużej, czarnej bluzie. Pędziła ona na łeb na szyję, co chwila patrząc na zegarek. Szykowanie się zajęło Rudemu dobre dziesięć minut, a w dodatku nie miał pojęcia, gdzie odbywają się zajęcia. Tak więc młody Scottland penetrował akademię w poszukiwaniu pomocy. W końcu jedna ze sprzątaczek się nad nim ulitowała. Miała około sześćdziesięciorga lat, co było widać po jej zmarszczonej i zmęczonej pracą twarzy. Wytłumaczyła mu, gdzie zazwyczaj są zajęcia walki. Jak później się okazało, tego dnia grupa trenowała w terenie. Przecudownie, prawda? Skończyło się na tym, że Rudy był zmuszony latać po akademickich lasach w poszukiwaniu swojej klasy... I gdy wreszcie ją znalazł, był spóźniony o całe 25 minut. Wszedł na polanę w środku starego lasu. Oczywiście wszyscy byli już w trakcie ćwiczeń...
- Eeee... Ten tego... Przepraszam za spóźnienie?-wymamrotał niepewnie.
Wszyscy jak na komendę przestali ćwiczyć. Dźwięk obijanej stali ucichł gwałtownie... Śniady mężczyzna przerwał wykrzykiwanie poleceń i spojrzał na Alana.
-Masz czelność, panienko, przychodzić w środku lekcji?! - warknął - Hmm... Nigdy cię tu nie widziałem...
Rudy skulił się w sobie jeszcze bardziej. Czuł, jak inni przewiercają go wzrokiem pełnym pogardy i kpiny.
- Bo... Jestem tu dopiero od wczoraj... Nazywam się Alan Scottland i jestem 100% chłopakiem... - wydukał z naciskiem na ostatnie słowo.
Nauczyciel westchnął z irytacją. Machnął ręką w kierunku stojaków z mieczami.
- Doprawdy? Nie powiedziałbym... Tym razem ci się upiekło... Idź po broń-powiedział - Tiago, ćwiczysz z tym nowym. Pokaż mu co i jak - dodał po chwili, zwracając się do wysokiego, ciemnego blondyna.
Ten chyba nie był zbytnio zadowolony. Z kwaśną minom opuścił swojego dotychczasowego partnera. Rudy podszedł do stojaka i sięgnął po pierwszy lepszy miecz. Był strasznie ciężki, niemal go upuścił. Blondyn chyba przeżył totalną załamkę...
- Nie ten... Jesteś do niego za niski, wybierz lepiej wyważony... - mruknął.
Równie dobrze mógł mówić do niego po chińsku... Alan spojrzał na niego jak na wariata.
- Ten powinien być w porządku - powiedział mniemany Tiago i podał mu mniejszy i krótszy miecz.
Rzeczywiście, był on jakby lżejszy i poręczniejszy. Cóż, i tak Rudy ledwo go trzymał... Po rozpoczęciu ćwiczeń stał się jeszcze większym obiektem śmiechu. Ciął nierówno, a miecz ciągnął go ku ziemi. Nie potrafił porządnie odparować słabego ataku, w dodatku blondyn był od niego znacznie wyższy... Z ulgą przyjął informację o zakończeniu treningu. Gdy odpoczywał sobie pod drzewkiem, podszedł do niego jakiś napakowany typ.
- Czyżby panienka się zmęczyła? Lepiej idź do kuchni i pomóż w obieraniu ziemniaków, o ile posługiwanie się takim ostrzem też cię nie przerośnie... - zarechotał.
Rudy zignorował jego zaczepkę. Zresztą jak zwykle... W spokoju czekał na sygnał do końca przerwy. Po chwili cała grupa przeniosła się na większą polanę. Nadszedł czas na trening broni dowolnej. Nauczyciel wydawał się całkiem w porządku... Jak się okazało, dziś mieli naukę posługiwania się łukiem. No, przynajmniej ucieszyło to Rudego... Z tą bronią radził sobie całkiem dobrze. Ćwiczyli przez godzinę. Oprócz niego całkiem nieźle radził sobie Tiago i jakaś dziewczyna. Swoją drogą, Alan przyłapał się na tym, że wciąż ukradkiem przygląda się blondynowi. Miał ładną budowę ramion... A szczególnie ładnie wyglądał podczas napinania cięciwy. Rudy stwierdził, że dziś koniecznie musi namalować ten widok. Zajęcia z maskowania się w terenie przebiegły bez większych przeszkód, nie licząc docinek typu „z tym ogniskiem na łbie, to cię nawet w nocy zobaczą „... Trenerka była raczej spokojna i miła... Po skończeniu lekcji wszyscy skierowali się do stołówki. Alan wolał poczekać, aż tłumy znikną, aby uniknąć konfrontacji z jakimś pakerem. Tak więc chwilę później z zaciągniętymi na dłoniach rękawami bluzy maszerował w stronę akademiku. I jak się później okazało, to był zły pomysł. Przed boczną bramą stało trzech starszych, wyższych i napakowanych chłopaków. Rudy spróbował ich ominąć, ale mu się nie udało.
- E, Marchewka, a ty gdzie się wybierasz? Nawet się nie przywitasz? - usłyszał.
Jeden z nich złapał Alana za rękę i wykręcił ją boleśnie, po czym przygwoździł go do ściany.
- Trochę szacunku okaż, jasne, kurwo?! - warknął, przy okazji plując we wszystkie możliwe kierunki.
- Dawaj portfel panienko... - powiedział drugi.
Znowu pomylono Rudego z kobietą... Jak zwykle zresztą.
- Nie mam przy sobie pieniędzy... - odparł cicho.
Cała trójka zaśmiała się głośno.
- Doprawdy? I co my teraz z tobą złociutka poczniemy? - zachichotał jeden - Chłopaki, jak myślicie, na dole też jest ruda?
Opryszki obdarzyli się rozbawionymi spojrzeniami.
- Zróbmy przysługę wszystkim ciekawym i sprawdźmy... - powiedział największy z nich.
Alan spróbował się wyrwać, ale napastnicy skutecznie go unieruchomili. Ręka przywódcy bandy powędrowała pod jego koszulkę.
- Eee? Decha? No nic, jakoś to przeżyjemy...
Rudy szarpnął się jeszcze raz, a po jego policzkach spłynęły łzy.
- P-p-puśćcie mnie... - wydukał, już płacząc.
I wtedy usłyszał czyjeś miarowe kroki...
<Tiago? Ocalisz Rudego od haniebnego gwałtu?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz