Jakże podeskcytowany wkroczyłem do swojego pokoju, gdzie po zamknięciu drzwi, oparłem się o nie plecami, z westchnięciem. Uśmiechałem się sam do siebie, wiedząc, że pierwszy raz udało mi się kogoś do siebie zachęcić, chociaż w pewnym stopniu, a nie, jak to było zazwyczaj, sprawić, by ta osoba uciekała w popłochu z zamrożonymi włosami, albo chmurą- z której padał śnieg- nad głową. Groco zwinnie ze mnie zeskoczył, prosto na białą komodę przy drzwiach, gdzie założył łapki na piersi. Widząc jego mordkę, która mówiła "No mów, co się dzieje i nie zaprzeczaj, bo wiem, że coś jest na rzeczy" całkowicie wymiękłem i postanowiłem mu się zwierzyć.
- No co tak na mnie patrzysz, Groco, co?- przeczesałem postawione ku górze włosy dłonią, ciągnąc lekko ich końcówki.
- A nie mogę?- syknął, lecz mimo tego, słyszałem, że jest rozbawiony- Co się tak szczerzyłeś przy tamtym chłopaku?- dopiero teraz zrozumiałem, że się sobie nie przedstawiliśmy, na co dałem sobie mentalnego plaskacza w policzek- Wyglądałeś jakbyś zgłupiał, szczególnie z tym rumieńcem.
- Rumieniłem się?!- dotknąłem wierzchiem dłoni obu policzków, jakbym nie dowierzał w to co mówi mój Dejmon.
- Twoja twarz była gorąca jak całe jego ciało.
- Nie. Przesadzasz!
- Jeśli ktoś przesadza, to ty z chlaniem gorącej czekolady!- wskazał na mnie oskarżycielsko łapką, na co tylko prychnąłem. Odszedłem od drzwi, przecierając twarz rękami, w szczególności oczy, które zaczynały same mi się zamykać, dając tym samym do zrozumienia jak bardzo zmęczony już jestem. Podszedłem do stolika w rogu, na którym stał sok pomarańczowy, którego byłem niezwykłym fanem i smakoszem. Okazało się, że w szkole, w automatach przy których kiedyś pewna dziewczyna oblała mnie kawą, były bardzo dobre soki. Gdy zacząłem pić, o dziwo dość ciepły w porównaniu do mojego pokoju sok, Groco musiał z czymś wypalić.
- Zakochałeś się w nim?- na to wyplułem całą zawartość ust do szklanki, na moje dłonie, podłogę, oraz trochę koszulki. Spojrzałem na zwierzaka z wyrazem twarzy mówiącym: "J*bło Cię?"- No co...
- Na móżdżek Ci padło?
- Słuchaj mnie- przeskoczył zwinnie po meblach i po chwili stał na półce, która wisiała przede mną, na wysokości mojej twarzy- Zerkasz na niego co dwie sekundy, rumienisz się jak głupi, a dodatkowo mówisz zupełnie innym głosem.
- Przesadzasz!
- Nie przesadzam. Gdy jesteś przy blondynie mówisz piskliwym głosikiem! To idiotyczne.
- Dlaczego od razu uważasz, że się zakochałem?- nieco się speszyłem i usiadłem na łóżku, trąc nerwowo swoje ramiona.
- Bo to widzę?- skoczył na moje kolana, uwcześniej złażąc z półki, prosto na stolik.
- Nawet go nie znam, więc jak mógłbym się w nim zakochać, co?
- Będziemy tak sobie odpowiadać pytaniem na pytanie?
- A czemu nie?- na to poruszył noskiem i uśmiechnął się. Po chwili obaj się śmialiśmy, sami nie wiedząc do końca z czego.
- No ale Jonathan... mów, czy czujesz do niego miętę?- położył przednie łapki na moim brzuchu. Pogłaskałem go po główce i zachichotałem, będąc rozbawionym jego pytaniem.
- Grocooo... mówiłem, nie znam go, miśku. A poza tym, założę się, że zależy ci tylko na tym, by spędzić jak najwięcej czasu z jego Dejmonem...
- Szuguszkiem... a ty naprawdę myślisz, że jestem aż takim egoistą?!- wydął poliki, aby wyglądać na zdenerwowanego, a zamiast tego podskoczył u niego poziom słodkości- Czuję się dotknięty...
- Znam Cię całe życie Gro... wiem, że bardzo ci zależy na spotkaniu z Szuguszkiem. Zawsze ciągnęło Cię do obcych- przypomniałem sobie jak raz prawie go zgubiłem, bo wszedł do kaptura syna Posejdona, mówiąc, że tak naprawdę jest zaczarowaną w ciele gronostaja syrenką. Szukałem go cały dzień, a wieczorem rozpłakałem się, czując, że już go nigdy nie spotkam. Gdy przyszedł, okazywał mi skruchę, a ja nawrzeszczałem na niego. To była pierwsza poważna kłótnia pomiędzy nami. Nie odzywałem się do niego przez... dwa tygodnie? Obaj przez to ucierpieliśmy, ale uznałem, że przyda mu się nauczka na przyszłość.
- Już nigdy cię nie zostawię...- jego cichy głos przerwał moje rozmyślania. Zwierzak wdrapał się na moją pierś i wtulił we mnie. Objąłem jego szczupłe ciałko obiema dłońmi i przechyliłem się do tyłu, by położyć się na miękkim materacu. Leżeliśmy w ciszy i spokoju...
- Ale powiesz mi, gdy się zakochasz?- Groco znowu zaczął- Obojętnie w kim. Ale mi powiesz? Chciałbym, abyś był szczęśliwy, a w razie czego, będę wiedział kogo pogryźć, gdy cię skrzywdzi...- wystawił białe niczym perełki ząbki, a ja tylko mocniej go do siebie przyciągnąłem, mówiąc ciche: "Tak, powiem".
- Jonathan Frost...
- Obecny!- moja dłoń wystrzeliła w górę, a na ustach wymalował się uśmiech. Nauczycielka kiwnęła głową i wpisała moją obecność w dzienniku, po czym przeszła dalej. Czułem na sobie wzrok blondyna, który jednak usiadł koło mnie. Jak zwykle miał na nosie okulary przeciwsłoneczne, których zdjęcia odmówił nauczycielce, mówiąc, że po prostu musi je mieć. Może zamienia wzrokiem w kamień? Kto go tam wie.
- Jonathan...- mruknął jakby sam do siebie, a ja spojrzałem na niego- Nie, nic, po prostu... nie ważne- odwrócił głowę ku tablicy, na której wypisany był temat: "Przygotowywanie wywaru szczęścia". Po chwili jego czerwone wieczne pióro, zaczęło sunąć po kartce, a moim oczom powoli ukazywało się nienaganne pismo chłopaka. Nie wierzyłem jak można tak idealnie pisać. Spojrzałem na moje koślawe literki, potem na jego, a potem znowu na moje i spaliłem buraka, czując upokorzenie. Bo jak można tak okropnie pisać? Pewnie teraz weźmie mnie za jakiegoś wieśniaka, który dopiero opanował alfabet.
- Yhym... Edmund Leroy!- nauczycielka wywołała kolejne imię. W tym momencie mój sąsiad z ławki wstał, przecierając przy tym swoją krwisto czerwoną szatę. Chrząknął, po czym powiedział uprzejmie: "Jestem obecny, proszę pani". Kobieta zlustrowała go wzrokiem, po chwili i mnie.
- Panie Frost- stuknęła długopisem o biurko, przy okazji chowając jego... rysik? Nie wiem jak to się nazywało. Wstałem, czując na sobie wzrok całej klasy- A więc... Jonathan'ie. Czyżbyś nie wiedział, że pan Edmund panuje nad ogniem?
- Ja... wiem, ale... co to ma do rzeczy?- przekrzywiłem głowę.
- Pan należy do osób... zimnych... prawda? Nie chcę po prostu, aby z waszego powodu coś się stało. Ogień i lód raczej ze sobą nie współpracują, czyż nie?
- Proszę pani- tym razem blondyn przejął głos- Nic się nie stanie...
- Jonathan jest dosyć porywczy, Edmundzie. Na twoim miejscu, uważałabym- mruknęła, odkładając długopis i chwytając nasz dziennik, jakby miała zamiar nim we mnie rzucić.
- Upilnuję go- chłopak posłał jej delikatny uśmiech, na co ona zareagowała miną "Nie wiesz na co się piszesz. Ale spokojnie, pomodlę się za ciebie". Po chwili, dalej czytała listę uczniów, a my usiedliśmy. On nie był zbytnio poruszony tym wszystkim, ja siedziałem ze spuszczoną głową, a moje dłonie niespokojnie drżały na ławce.
Gdy przed nami pojawiły się naczynia używane w laboratoriach (bo te z czasów czarownic były już nie za bardzo lubiane orzez uczniów) oraz składniki, omal nie spadłem z krzesła. Zaraz był nam tłumaczone jak robi się wywar, który był tematem dzisiejszej lekcji, co zrobić, aby się odtruć, oraz jak uważać, aby przypadkiem nie zrobić Wywaru Nieszczęścia. Starałem się notować wszystko co usłyszałem, bo pamięć miałem bardzo słabą. Gdy skończyła nam już tłumaczyć co z czym i do czego, powiedziała, abyśmy spróbowali zrobić swoje wywary w parach. Modliłem się, aby Edmund był w tych sprawach lepszy niż ja, co wcale nie było trudne, patrząc na to jak lewy jestem w eliksirach. Spojrzałem na niego z nadzieją, co nie było potrzebne, bo chłopak już zaczął. Teraz wychodzi kto jest z doświadczonej, kształconej królewskiej rodziny, a kto z dziczy pokrytej śniegiem i lodem, gdzie się lata i biega bez butów...
- Jonathan, dodaj tutaj kroplę mleka alpaki- usłyszałem z boku. Nieśmiało pochwyciłem pipetę, którą skierowałem do fiolki z białym płynem- To mleko skoczka północnego- mruknął nawet na mnie nie patrząc.
- Czego?
- Nie ważne. Tu jest mleko- wskazał na fiolkę stojącą tuż obok. Zostało mi zastanawiać się skąd to wie. Jednak nabrałem trochę płynu i wsadziłem już do naszej probówki, gdy chwycił moją dłoń- Źle to trzymasz- powiedział bez większych emocji. Kiwnąłem głową, a on pochwycił moje palce i ustawił poprawnie na narzędziu.
- Tym razem mnie nie poparzyłeś- uśmiechnąłem się na wczorajsze wspomnienie. Edmund chrząknął, zabierając ręce, gdy już dobrze chwytałem pipetę. Zaraz wlałem ciecz do probówki i odłożyłem ją do kolby z mlekiem. Jednak po pewnym czasie nudzenia się, bo chłopak postanowił wszystko zrobić samodzielnie, nabrałem całą pipetę mleka, mruknąłem cicho: "Ej, Edmund", a gdy na mnie spojrzał, prysnąłem mu nim prosto w twarz.
(Edziu? Lej mlekiem, będziesz lepki >.< )
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz